Pandemia pokazała, jak ważny w naszym życiu jest drugi człowiek

Materiał informacyjny SWISS KRONO SP. Z O.O.
Anetta Reichel-Wasiljew jest kierownikiem warsztatu terapii zajęciowej przy Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Do Żar przyjechała z Rzeszowa. Zdj. Mariusz Kapała/archiwum GL
Anetta Reichel-Wasiljew jest kierownikiem warsztatu terapii zajęciowej przy Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Do Żar przyjechała z Rzeszowa. Zdj. Mariusz Kapała/archiwum GL

- Musimy życie przeorganizować, docenić zwolnione tempo. To dotychczasowe nas odczłowieczyło. Doceńcie to, że macie czas dla siebie. Staliśmy się dla siebie bardziej ludzcy i niech tak zostanie - mówi Anetta Reichel-Wasiljew, człowiek Roku Krono 2017, kierowniczka warsztatu terapii zajęciowej w MOPS w Żarach, społeczniczka z krwi i kości.

Trzy lata temu odebrała Pani nagrodę Człowieka Roku KRONO. Czy sprawiła, że dostała Pani jeszcze większego kopa do działania?

Nagroda pojawiła się w wyjątkowo odpowiednim momencie mojego życia, był to bowiem 20. rok pracy i odczuwałam zmęczenie, może nawet przechodziłam kryzys. Myślę, że każdy napotyka na jakiś mur, a jeśli nagromadzi się wiele takich osłabiających spraw, to skrzydła trochę opadają. I niespodziewanie dostałam ogromnego kopa, spory zastrzyk, dzięki czemu zrozumiałam, że to nie jest ten czas, by się wycofywać, że jeszcze jest tyle do zrobienia. Nagroda podniosła te opadnięte skrzydła, uświadomiła mi, że warto działać. Tytuł był dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem, do ostatniej chwili nie wiedziałam, że go otrzymam.

Jak Pani środowisko przyjęło wówczas tę nagrodę?

Środowisko osób pomagających potrzebującym przyjęło to bardzo dobrze, może nawet jako wyróżnienie dla nas wszystkich, wszak mocno współpracujemy ze sobą, pojedynczy człowiek nie jest bowiem w stanie wiele zrobić. Już wtedy zwracałam uwagę na to, że w sferze pomocowej pracuje cały sztab ludzi, który wspiera, na który mogę liczyć. Trzeba podkreślić, że nagroda była ważna również dla mojej rodziny. Otrzymałam ją w okresie, gdy normą były moje późne powroty do domu, a mąż przypominał, że mam dom, kominek, obok niego fotel i może wskazane byłoby w nim posiedzieć. Nagroda uświadomiła moim bliskim, że robię coś fajnego, co ma sens, jest świetnie odbierane, może więc warto przeczekać zmęczenie i kryzys. W tamtym czasie widziałam wzruszenie na twarzach najbliższych, męża, teściowej, która akurat była u nas. Dużo przyjemnych reakcji przekazywało otoczenie, przez długi czas odbierałam gratulacje od spotykanych osób. To były bardzo miłe chwile, podkreślające jednocześnie, że nie liczą się tylko pieniądze, ale bardzo ważne jest docenienie pracy, zaangażowania, które wkładamy w pracę zawodową czy społeczną.

Co się zmieniło od tamtej pory? Czy zmieniło się postrzeganie Pani?

Cóż, po otrzymaniu nagrody pojawiają się też różne refleksje, choćby taka, czy warto być na piedestale. Bo nagroda to zobowiązanie - skrzydła się podniosły, więc chce się szybować, robić więcej i lepiej. Ale nagroda jest też mocno przytłaczająca, bo po niej musisz pokazać jeszcze większą moc.

Pracuje Pani w warsztacie terapii zajęciowej. Jak ta placówka funkcjonuje w czasie pandemii?

Od 20 marca do 8 czerwca praca w warsztacie była zawieszona, ale my trwaliśmy na stanowiskach, przygotowywaliśmy naszym uczestnikom pakiety zajęć dostosowane do indywidualnych możliwości, zgodne z ich programem rehabilitacji. Pakiety dostarczane były do ich miejsc zamieszkania, czasami odbierała je rodzina podopiecznego. Wszystko po to, by uczestnicy mogli swoje zadania wykonywać w domu. Mieliśmy łączność z uczestnikami, telefoniczną, mailową, kontaktowaliśmy się bezpośrednio, choć na odległość, konsultowaliśmy się z rodzicami. Przejęliśmy również nieco obowiązków naszych uczestników, którzy w ramach rehabilitacji społeczno-zawodowej opiekują się np. działką ogrodniczą. Tam praca czekać nie może, więc staraliśmy się stanąć na wysokości zadania, by po powrocie podopieczni byli zadowoleni z efektów. Szyliśmy też maseczki dla uczestników, dostali je już w pierwszym pakiecie. Cieszyli się, bo uszyli je ich terapeuci. Maseczki dostarczyliśmy również do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. W tym maseczkowym kryzysie my, laicy, uszyliśmy ich 150. W okresie zamknięcia przeprowadziliśmy w naszym warsztacie dużo prac remontowych.

Jak podopieczni znieśli zamknięcie w domu i czy ucieszyli się, gdy wrócili?

Och, widzieliśmy na ich twarzach przeogromną radość. Cieszyli się sobą, tym, że wyszli z domu i mogą coś robić razem. Widoczne było poczucie wspólnoty. Z pewnością towarzyszył im wielki zapał do pracy. Sami uczestnicy, ale i ich rodziny, sygnalizowali nam wcześniej, że brakuje im kontaktu bezpośredniego, zajęć, urozmaicenia codzienności, rozmów z kolegami. Zwyczajnie tęsknili, także za pracą, którą wykonują tu na co dzień. Co znamienne, gdy w czasie lockdownu kończyli przygotowane dla nich zadania, dzwonili, by dowieźć im kolejny pakiet.

Anetta Reichel-Wasiljew - Człowiek Roku Krono 2017. W tymże roku wyróżnienia przyznano Tomaszowi Koszeli z Sienna (w środku) i Jarosławowi Baryle z Gorzowa

To trudny czas dla nas wszystkich, a jak odnajdują się w nim Pani podopieczni? Czy nauczyli się funkcjonowania w obostrzeniach?

W reżimie sanitarnym nauczyła się funkcjonować większość uczestników warsztatu, dostosowali się do panujących norm – zakładają maseczki, myją ręce, wiedzą, że przed wejściem do warsztatów jest pomiar temperatury, że nie wychodzi się niepotrzebnie, że nie ze wszystkiego można korzystać. Ale są osoby, które znoszą to ciężko. Dominuje tu uczucie strachu przed zakażeniem, chorobą, złym samopoczuciem, brakiem opieki lekarskiej. Ten lęk paraliżuje normalne funkcjonowanie. Martwi się rodzina, opiekunowie. W tym przypadku ich drogi się mijają, bo uczestnik chce być na warsztatach, a rodzina się martwi, widzi zagrożenie. Uspokajamy, tłumaczymy, jak prowadzimy zajęcia, mówimy, że wszystko dezynfekujemy, że zachowujemy zasady higieny. Dużo dzieje się na oczach uczestników, widzą chociażby stałą dezynfekcję.

Jeśli opiekunowie uczestników warsztatu odczuwają strach, to czy pozwolili im wrócić?

Rzeczywiście, większy lęk odczuwają rodzice, ale domownicy przejmują te obawy, one się udzielają. Mamy jeszcze dwóch uczestników, którzy pracują zdalnie. Przekonujemy rodziców do ich powrotu, trzeba bowiem zachować zdrowy rozsądek i nie rezygnować z namiastki normalności, która może dać nam lepsze samopoczucie, sprawić, że wydzielą się endorfiny, dzięki którym lepiej funkcjonujemy i jesteśmy zdrowsi. Nie wolno dać się przytłoczyć temu, co teraz dzieje się wokół nas, co jest smutne i nas ogranicza. Trzeba pamiętać, że lepsze efekty daje bezpośrednia praca z uczestnikiem, a nie ta w domu.

Czego na co dzień uczą warsztaty?

Warsztaty zajmują się rehabilitacją społeczną i zawodową osób z niepełnosprawnością. Staramy się usamodzielnić naszych podopiecznych, przekazać im jak najwięcej informacji i nauczyć takich umiejętności, żeby mogli funkcjonować samodzielnie. Nauczanie odbywa się na różnych poziomach, dostosowanych do możliwości uczestników, począwszy od czynności samoobsługowych, po zrobienie herbaty i kanapek. Na treningu ekonomicznym uczymy gospodarowania pieniędzmi, kształcimy umiejętności załatwiania spraw w urzędach, np. wyrobienia dowodu albo choćby wysłania listu na poczcie. Zaszczepiamy dbałość o porządek i otoczenie. Oczywiście przekazujemy wiedzę związaną z uzawodowieniem, czyli uczymy obsługi różnych maszyn, np. biurowych czy ogrodniczych. Co równie ważne, uczymy funkcjonowania w grupie.

Jak długo trwa nauka i czy ta wytrwała praca daje efekty?

Po trzech latach oceniamy, czy uczestnik może kontynuować naukę na warsztatach, czy powinien już trafić na rynek pracy. Sprawdzamy, czy jego możliwości już się wyczerpały i nic już nie osiągniemy w naszych warunkach, a wtedy kierujemy go do innego ośrodka wsparcia. Są osoby, które uczestniczą w warsztatach po kilka lat, nawet nie dlatego, że nie są w stanie nauczyć się pewnych rzeczy, lecz dlatego, że nie ma pracy. Szkoda takiego kogoś zostawić w domu, bo byłaby to stracona inwestycja, mógłby ten ktoś zatracić zdobyte umiejętności. A takie straty obserwujemy nawet po wakacjach. Po dłuższej przerwie mogą też cofnąć się kontakty interpersonalne. Gdy się zamkniemy i coraz rzadziej wychodzimy, wstydzimy się, popadamy w różne lęki i fobie. Niektórzy przebywają u nas długo, bo widzimy światełko w tunelu, że bardziej można coś udoskonalić, coś więcej osiągnąć.

Kto trafia do warsztatów, jaki jest stopień niepełnosprawności uczestników?

Warsztaty terapii zajęciowej przeznaczone są dla osób z niepełnosprawnością intelektualną i współistniejącymi dysfunkcjami, które posiadają orzeczenie o stopniu niepełnosprawności i wskazania do udziału w zajęciach warsztatów. Stopień bywa różny, od lekkiego do znacznego. Jesteśmy placówką, która przygotowuje do zatrudnienia, zatem uczestnikami warsztatów są osoby dorosłe.

Nagrodę Człowieka Roku Krono 2017 pani Anetcie wręczyli prezes SWISS KRONO Maciej Karnicki (z lewej) i Grzegorz Widenka, prezes oddziału Polska Press, wydawcy „Gazety Lubuskiej”

Co w tej niełatwej pracy daje satysfakcję?

Satysfakcję daje zawsze druga radość, gdy w oczach uczestnika widać iskierkę, błysk, że coś się udało. To są momenty, ale takie, dla których warto żyć i pracować. Bo jak inaczej odebrać fakt, że podopieczny po raz pierwszy trzyma żelazko, prasuje, po czym mówi, iż nie wiedział, że tak się to robi. Albo chwila, kiedy uczestnik nas zobaczy i mówi, jak dobrze panią widzieć. Jestem opiekunem prawnym całkowicie ubezwłasnowolnionego byłego uczestnika warsztatów. Po śmierci mamy miał trafić do DPS-u, ale by taką czynność przeprowadzić, potrzebny jest ów opiekun. Zgodziłam się, myśląc, że później sceduję obowiązek na kogoś z DPS-u. Przyjeżdżam, widzę duży korytarz, którym biegnie tenże podopieczny i krzyczy: Dorota, kocham cię (w tym momencie głos pani Anetty cichnie i łamie się, słychać wielkie wzruszenie – dop. red.). Zawsze tak mnie nazywał, bo ciężko wypowiedzieć mu moje imię. No i Dorota poległa w swoich postanowieniach, dalej jestem opiekunem.
Pamiętam również pierwszą wycieczkę z noclegiem. Jeden z uczestników poruszał się na wózku, wymagał stałej opieki i każdego wieczora był cewnikowany. Załatwiłam cewnikowanie w szpitalu, siedzę za kotarą i przysłuchuję się jego rozmowie z pielęgniarkami. Panie pytają, czy pierwszy raz wyjechał, czy się nie boi, a w końcu – co na tę wycieczkę jego rodzice. I pada odpowiedź: wie pani, rodzicom czasem też trzeba dać odpocząć. Aż popłakałam się za tą kotarą. Nie przypuszczałam, że człowiek z niepełnosprawnością intelektualną, z wodogłowiem, nad którym roztoczona jest ogromna opieka, ma taką świadomość. Pamiętam łzy tejże mamy podczas drugiej wycieczki. Pojechaliśmy do Pragi, a że uczestnik chciał być bardzo samodzielny, rodzice podążali za autobusem. Nocowali w tym samym hotelu, ale na drugim jego końcu, a mama pojawiała się na chwilę jedynie wieczorem, na cewnikowanie, po czym wracała do siebie. Później powiedziała mi, że wyjechali z mężem pierwszy raz od ponad 30 lat, nie wiedzieli, co robić z czasem i czuli się jak na randce.

Tak, rodzicom niepełnosprawnych dzieci, nawet tych dorosłych nie jest łatwo…

To prawda. Ciężko jest im żyć także dlatego, że boją się, co stanie się z dzieckiem po ich śmierci. Nie mogą wyobrazić sobie, że znajdzie się w DPS-ie, martwią się, bo nie wiedzą, czy trafi na dobrych ludzi. Część rodziców czy opiekunów ma zagwarantowaną słowną deklarację rodziny, że zajmie się nim. Ale jednocześnie są świadomi, że nie mają prawa obarczać bliskich, wszak przy ciężkich stanach chorego nie ma ani sekundy wytchnienia.

Wróćmy jeszcze do pandemii. Jest Pani również społecznym kuratorem sądowym. Czy teraz też kontaktuje się Pani z osobami pod Pani kuratelą?

Tak, ale kontakt jest ograniczony. Kontaktuję się zwłaszcza z rodzinami dysfunkcyjnymi, które opiekują się małymi dziećmi. Odwiedzam je, choć może nie tak często jak przed pandemią.

Jak radzą sobie rodziny w tych trudnych czasach? Czy pandemia wytworzyła jakieś nowe negatywne mechanizmy?

Radzą sobie różnie, w zależności od tego, jaka jest ich sytuacja, czy mają na kogo liczyć, czy w rodzinach są osoby zaburzone czy uzależnione. To ciężkie czasy dla wszystkich, więc zdarza się, że niektórzy wracają do uzależnień - nie mają pracy, zajęć, zamykają się więc w domach i sięgają po używki. Zauważyłam, że źle działa na nas brak kontaktu z drugim człowiekiem, jednocześnie widzę ogromne dążenie do bliskości. Z niedosytem więzi bardzo źle radzą sobie osoby starsze i samotne, u których występuje też strach przed chorobą, których osłabia, nawet paraliżuje utrudniony dostęp do lekarza. W efekcie widać już pojawiające się stany depresyjne.

Kto gorzej znosi zamknięcie - dzieci czy dorośli?

Z zamknięciem zdecydowanie gorzej radzą sobie starsi. Dzieciom jest ciut łatwiej, choć z pewnością zmieniła się ich wewnętrzna energia. Młodsi są sprawniejsi w korzystaniu z dobrodziejstw Internetu i mediów społecznościowych, co niewątpliwie im pomaga.

Jak sobie radzić? Jak przetrwać ten trudny czas, pewnie jeszcze co najmniej półroczny?

Sięgajmy po telefon, rozmawiajmy z rodziną, korzystajmy z pomocy sąsiedzkiej - widać, że ludzie chcą jej udzielać, ba, wręcz czują potrzebę pomagania. Pomoc innym, troska o nich sprawi, że poczujemy się szczęśliwymi, bo daliśmy cząstkę siebie. Potrzebujący kontaktu powinni dzwonić do ośrodka pomocy społecznej, przy którym działają wolontariusze, a ci i porozmawiają, i zrobią zakupy, i przyniosą książkę. W efekcie starsza osoba poczuje się lepiej, choćby tylko dlatego, że ktoś się nią zainteresował. Trzeba więc informować, że tęsknimy, źle się czujemy. Nie wstydźcie się tego, że jest wam smutno, że boicie się choroby, że strach was paraliżuje, że nie możecie poradzić sobie z tą sytuacją. Kontakt z drugą osobą nie pogorszy naszego stanu, wręcz przeciwnie, wpłynie na poprawę samopoczucia.
I jeszcze… Musimy nauczyć się siebie na nowo - starajmy się spędzać czas ze sobą, szukajmy dobrych stron tego, co nas spotkało. Szukajmy rozwiązań na bycie ze sobą, spacerujmy, by dotlenić organizm, wspólnie gotujmy, pieczmy ciasta. Rozmawiajmy o naszych problemach, otwórzmy się przed sobą, bo tak normalnie nie mamy na to czasu. Zatrzymajmy się i pobądźmy razem, odkryjmy swoje pasje. Nabierzmy wiatru w żagle. Kiedyś, przed zalewem świata przez Internet, potrafiliśmy wspólnie spędzać czas i świetnie go sobie organizować: graliśmy w karty, gumę, czytaliśmy na głos, przeglądaliśmy zdjęcia, wspominaliśmy stare dobre czasy. Wróćmy do tego, na nowo odkryjmy siebie w rodzinie.
Warto również docenić to, co utracone, co zabrała pandemia, a więc możliwość kontaktu z drugim człowiekiem, swobodę wyboru, integrację społeczną. Dlatego tak ważną rolę odgrywa dziś integracja w małych środowiskach, czyli rodzinach. Widzimy też, bez ilu rzeczy możemy żyć, jak sprawnie wyłapujemy to co cenne. Zatem - nie pęd, zakupy, ale chwila zatrzymania, dostrzeżenie tego, że możemy być razem, poświęcić więcej czasu swoim dzieciom. Teraz wszystko dzieje się inaczej – żyjemy inaczej, robimy zakupy, poruszamy się w środowisku lokalnym, inaczej spędzamy wolny czas, inaczej pracujemy. Ale zyskaliśmy nawyki, prozaiczne – mycie rąk, noszenie rękawiczek ochronnych, dystans. Może wejdzie nam to w krew, bo się przyda. Doświadczamy też empatii innego wymiaru, bo potrafimy się zorganizować w grupach lokalnych, w pracy, w efekcie organizujemy pomoc rodzinną i sąsiedzką, rozumiemy cudze problemy, wspieramy siebie, działalność lokalną, choćby przez kupowanie lokalnych produktów, od ziemniaków po gotową gastronomię albo zaniesienie butów do szewca. Musimy życie przeorganizować, docenić zwolnione tempo. To dotychczasowe nas odczłowieczyło – późno wracaliśmy do domu, szybko coś jedliśmy, jakaś obowiązkowe czynności i spanie. Teraz jesteśmy dla siebie bardziej ludzcy.

Jak Pani spędza czas i jak łapie oddech?

Jestem żoną, matką, kierownikiem warsztatu, kuratorem społecznym, trenerem szkoły dla rodziców, nauczycielem, opiekunem prawnym osoby z niepełnosprawnością intelektualną – łączę to jakoś, zachowując rozsądek i doceniając to, co mam. Dbam o dobre samopoczucie, cieszę się, że mogę komuś pomóc, co daje mi dawkę emocji i szczęśliwości. Mam więcej czasu dla rodziny, mogę więc porozmawiać z mężem, możemy poczynić plany na przyszłość, bo przecież nic nas tak nie mobilizuje jak plany i marzenia. Robimy to, co 20 lat temu – gramy w karty, czytamy, rozmawiamy o tym, co zmienimy w domu czy ogrodzie. Wspólnie gotujemy, razem wychodzimy na zakupy, mamy więcej czasu na spacer z psem.
To wspólne życie jest dobre, doceńcie więc to, że możecie być razem, Nie marnujcie czasu na zbędne kłótnie, szarpanie się o rzeczy mało istotne, na przygnębianie się szarą rzeczywistością. Wykorzystajcie zwolnione tempo wymuszone przez pandemię, bo za chwilę znów rzucicie się w wir dawnych obowiązków. W efekcie możecie coś zgubić, a przecież życie mija tak szybko. Twórzcie marzenia, dążenie do nich nakręca, więc pomarzmy sobie. Uczcie się siebie na nowo i uśmiechajcie się do siebie.

O konkursie

SWISS KRONO i „Gazeta Lubuska” współpracują w wielu projektach, ale ten – Człowiek Roku KRONO - należy do najstarszych i najbardziej prestiżowych. W konkursie uczestniczy 100-200 osób, ale był też rok rekordowy, kiedy o tytuł walczyło 330 osób.
- Dostrzegamy i honorujemy osoby pracujące dla rozwoju swoich lokalnych małych ojczyzn – miast, gmin, wsi. Szukamy osób, które są nietuzinkowe, pracują na rzecz innych, są pełni zapału, pomysłowi, których działania zmieniają nasz świat na lepsze – zauważa Jarosław Masina, kierownik działu marketingu‑rzecznik prasowy SWISS KRONO. -
- Wyjątkowość tego projektu polega na dwóch czynnikach. Pierwszy, ten najważniejszy – to właśnie dzięki temu konkursowi poznajemy tych wspaniałych ludzi, dowiadujemy się, ile wysiłku kosztuje ich codzienna, mozolna walka, poznajemy aktywności, które są ważnym sensem i częścią ich życia. Nagroda jest skromnym podziękowaniem za ten trud. Drugim czynnikiem jest powszechność, tzn. do konkursu może zostać zgłoszony każdy, bez względu na wiek, profesję oraz aktywność, którą zaskarbił sobie wdzięczność lokalnej społeczności.
A kto zostanie Człowiekiem Roku Krono 2020? Poznamy go w marcu.

Dodaj ogłoszenie