Z Żagania w świat! Zobaczcie cudowną Gruzję, krainę wina! Tam trzeba polecieć!

Małgorzata Trzcionkowska
Małgorzata Trzcionkowska
Gruzja, zobacz Kutaisi, Tbilisi i Batumi.
Gruzja, zobacz Kutaisi, Tbilisi i Batumi. Małgorzata Trzcionkowska
Największe koszty wyprawy do Gruzji stanowią bilety lotnicze. Tańsze bilety są na lotnisko w Kutaisi. Można je upolować, jeśli szuka się znacznie wcześniej, przed planowanym wylotem. Trzeba pamiętać, że tanie linie lotnicze ograniczyły ilości bagażu. Na przykład w Wizzair można mieć bezpłatnie jedynie bagaż podręczny o wymiarach 40x30x20 cm. Oprócz niego nie można mieć nawet torebki. Jeśli chcemy mieć ze sobą walizkę kabinową, trzeba dopłacić.

Na Kaukaz wyruszyłam przed pandemią i z pewnością warto tam się wybrać, gdy tylko panemia minie. Na pokład samolotu nie można zabierać niebezpiecznych przedmiotów – to wiadome. Nie można też zabrać kosmetyków w pojemnikach większych niż 50 ml. Walizka kabinowa na kółkach nie może być większa niż 50x40x23 cm i ważyć więcej niż 10 kg. W samolocie umieszcza się walizkę w schowku nad fotelem, zaś bagaż podręczny pod fotelem.

Karta pokładowa w telefonie, ale nie wszędzie

We Wrocławiu kartę pokładową pobraną przez internet można mieć w telefonie, ale gdy podczas powrotu, na lotnisku w Kutaisi okazało się, że gruzińskie lotnisko nie honoruje takiej formy. Trzeba mieć wydruk. Taką informację uzyskałam dzięki aplikacji w smartfonie na dwa dni przed wylotem. Żeby wydrukować karty udałam się do Centrum Informacji Turystycznej w Batumi, gdzie uzyskałam pomoc. Podczas powrotu część Polaków nie miała wydruków i przez to było sporo nerwów i problemów na lotnisku w Kutaisi.

W Gruzji można płacić kartą

Ze sobą zabrałam z Polski ok. 100 euro. Nastawiłam się na płacenie kartą. Mam konto w PKO BP i już wypróbowałam płatności kartą na Ukrainie, w 2018 roku. Bank bardzo korzystnie przewalutowuje płatności, nie pobierając prowizji. Prowizja jest jedynie za wypłaty w bankomatach.
Lot z Wrocławia do Kutaisi trwa ok. 3,5 godziny. Różnica czasu wynosi 2 godziny. Wylot z Polski był o 6.25, to znaczy, że na miejsce samolot pryjeciał ok. godz. 10.00. Jednak po zmianie czasu była to godz. 12.00. Na lotnisku warto od razu kupić karty SIM z rozmowami i internetem. Na 2 tygodnie (4,5 GB Internetu) kosztowały po 32 lari (czyli GEL). 1 lari to ok. 1,34 zł. Czyli karty wcale nie wyszły tanio, ale są konieczne, żeby poruszać się po obcych miastach, wytyczać trasy, kierunki, sprawdzać informacje.
W bankomacie na lotnisku wybrałam 200 GEL. Na drugi dzień dostałam na maila wiadomość z banku, że mój rachunek został obciążony kwotą ok. 280 zł.

Z gruzinami po rosyjsku i angielsku

Lotnisko jest położone kilkanaście kilometrów od Kutaisi. Do miasta mozna dojechać taksówką za 30 lari.
Na podórzu hostelu gawędziłam z miejscowymi. – Starsi znają rosyjski – zagaiła pani w średnim wieku. – Ale młodzi to już tylko po angielsku chcą rozmawiać. A jak jest w Polsce? – zapytała. - Dokładnie tak samo – odpowiedziałam. – Starsi uczyli się rosyjskiego w szkole. Młodzi już nie.

Atrakcje w gruzińskim Kutaisi

Wchodząc na wzgórze Ukimerioni dochodzimy do katedry Bagrata, czyli Zaśnięcia Bogurodzicy. Katedra powstała na początku XI wieku, za panowania króla Bagrata III. To symbol złotego wieku kultury gruzińskiej. Po drodze mijamy pasące się tuż przy ulicy krowy, które nie są nadzwyczajnym widokiem w Gruzji. Na wsiach widać też spacerujące po poboczach ogromne świnie.
Przy wejściu do katedry siedzą dwie panie, wyglądające na bileterki. Pytam więc o bilety, a panie na to, że proszą co łaska. Wejście jest za darmo. Oczywiście wsparłam obie panie, za co nam błogosławiły. Kawałek dalej widać wykopaliska archeologiczne. W katedrze można obejrzeć zabytkowe obrazy, a na zewnątrz zaczerpnąć wody ze źródełka. Warto wiedzieć, że w Gruzji można swobodnie pić wodę z ulicznych źródełek, czy z kranów. Ze wzgórza rozciąga się piękny widok na miasto.
Wracając w dół starszy pan wskazał nam drogę. Przez chwilę przystanęłyśmy przy misternie wykutej bramie. – Nrawitsa Wam – zapytał z dumą pan Grigorij. – Eto moje dieło - pochwalił się.
Oczywiście przystanęłyśmy, żeby pogawędzić i pochwaliłyśmy gorąco pracę pana Grigorija. Pytał, jak się żyje w Polsce. Gdy usłyszał, że całkiem nieźle, opowiedział nam, że Gruzini masowo wyjeżdżają do Ameryki. – Dzięki temu można kupić u nas tanio dom – zachęcił nas. – A ile kosztuje taki dom w Gruzji – zapytałam z nadzieją. – 200 tysięcy dolarów – odpowiedział. – To tanio.

Gwiazda Mieczysławy Ćwiklińskiej

Tuż obok naszego hotelu było muzeum starych fotografii miasta. Wstęp do niego jest bezpłatny. Gdy tylko starszy kustosz nas zobaczył, zaznaczył, że Gruzini bardzo lubią Polaków. Wspomniał o byłym prezydencie naszego kraju, który gościł w Kutaisi, a także pokazał mi zdjęcia przedwojennej (i powojennej) artystki Mieczysławy Ćwiklińskiej, która również gościła w tym mieście.
Z Kutaisi można pojechać marszrutką (czyli minibusem) za 2 GEL do monastyru Gelati, położonego ok. 10 km od miasta. Przystanek jest tuż za teatrem. Kurs marszrutki odbywa się co 2 godziny. Warto skorzystać i zobaczyć piękne, stare freski.
Do jaskini Prometeusza wybierałyśmy się dwa razy. Za pierwszym razem przegapiłyśmy fakt, że muzea i inne instytucje w poniedziałki są zamknięte. Jak dojechać, dowiedziałyśmy się w miejscowym Centrum informacji Turystycznej. Warto poszukać takiego centrum w każdym większym mieście. To miejsca, w którym można się dowiedzieć bardzo przydatnych rzeczy i skorzystać ze wsparcia – jak na przykład wydruk kart pokładowych przed powrotem do Polski.

Jaskinia Prometeusza

Żeby dostać się z Kutaisi do jaskini Prometeusza wędrujemy na przystanek marszrutek za mostem Łańcuchowym. Numer 30 dowozi nas do miejscowości Tskaltubo. To wymarłe miasteczko z opuszczonym sanatorium w runie. Kiedyś było znanym uzdrowiskiem, do którego przyjeżdżali notable z całego ZSRR. Dzisiaj na ulicach prym wiodą zabiedzone psy i ludzie gromadzący się wokół bazaru. Część z nich to uchodźcy z terenów zajętych przez Rosję. Stamtąd jest jeszcze kilka kilometrów, które można pokonać kolejną marszrutką nr 42 za 2,5 GEL. Kierowca nawet na nas zaczeka.
Bilety na zwiedzanie jaskini kosztują 20 GEL, dla dzieci 5 lari. Gdy zbierze się kilkudziesięcioosobowa grupa, wycieczka rusza wraz z przewodnikiem, który mówi po rosyjsku, angielsku i oczywiście po gruzińsku. Trasa obejmuje 1.420 metrów, a jej pokonanie zajmuje około godziny. Można też za dodatkową opłatą 15 lari popłynąć łódką po rzece pod ziemią. Gdy my byłyśmy w Prometeuszu poziom wody był bardzo niski i nie było łódek.
Jaskinie zostały odkryte w 1984 roku przez naukowców z Uniwersytetu w Tbilisi. Na polecenie władz szukali miejsc na strony przeciwatomowe. W środku panuje temperatura ok. 14 stopni Celsjusza i jest większy procent tlenu niż na powierzchni. Idąc mijamy przepiękne sale – komnaty ze stalaktytami i stalagmitami, podświetlone kolorowo. Przypominające grupy ludzi, zwierząt i inne fantastyczne kształty.
Jesteśmy zdziwione, gdy wychodzimy na zewnątrz. Jakbyśmy wróciły z innego świata. A na dworze wita nas rzeźba faceta z psem i lekki deszcz. To figura opiekuna jaskini, który jej pilnował przez wiele lat.

Kuchnia gruzińska i imeretyńska

Kawałek za Białym Mostem jest najlepsza restauracja w Kutaisi, a może nawet w całej Gruzji, specjalizująca się w podawaniu chinkali, czyli gruzińskich pierożków, lepionych w formie sakiewek. Kosztują w Eldepo od 0,50 do 0,95 GEL za sztukę. Mogą być z mięsem, z ziemniakami, serem, czy grzybami. Można wziąć najmniej 5 sztuk. Są naprawdę pyszne, a restauracja jest czynna codziennie, przez całą dobę.
Polecam również inne restauracje, tym bardziej, że w można tam skosztować kuchni imeretyńskiej, pochodzącej właśnie z rejonów Kutaisi. Bardzo mi smakowało imeretyńskie chaczapuri. To taki okrągły placek z nadzieniem z imeretyńskiego sera, właściwego dla tego regionu, chociaż taki ser można też znaleźć praktycznie w całej Gruzji. To biały ser z krowiego mleka, dojrzewający w przeciągu dwóch, trzech dni. Jest miękki i ma słonawo-kwaśny smak. Lobiani to również okrągły placek, ale wypełniony fasolą. Do wielu potraw imeretyńskich używane są orzechy. Na przykład do bakłażana z papryką i orzechami, czy do satsiwi z kurczaka w sosie orzechowym. Popularnym dodatkiem jest również estragon. Piłam nawet lemoniadę z estragonem.
Na Kaukazie są też popularne małe, podłużne gołąbki o nazwie tolma, zawijane w liście z winogron. Oprócz mięsa i ryżu ważnym składnikiem jest estragon. Tolma jadłam również w Azerbejdżanie i Armenii. – Są małe i podłużne ze względu na estetykę – wytłumaczył mi kelner w Family House w Erywaniu. – Ale mogą też być większe, zawijane w kapustę. W domu nie zwraca się tak bardzo uwagi na ich wygląd, jak w restauracji. Podawane są na przykład z sosem czosnkowym.
Bardzo mnie zastanawiały podłużne, kolorowe przedmioty wiszące na targach, czy w sklepikach. To tklapi. Żeby wytworzyć jadalną „folię”, wałkuje się pure z owoców i suszy się na słońcu. Następnie w takie płaty są zawijane orzechy, figi, brzoskwinie, itp. Wygląda to obłędnie, trochę jak świeca i ciekawie smakuje.
Supra to gruzińska uczta, biesiada. Przy suto zastawionym stole rozmawia się o polityce, sztuce, itp. Szefem stołu jest tamada, który wygłasza toasty i dba o zadowolenie biesiadników.

Zakupy w Kutaisi

W Kutaisi wielkie wrażenie na turystach robi ogromny bazar, na którym można kupić wszystko, ale są też galerie handlowe. W każdym dużym mieście – chyba na całym świecie są to miejsca, w których można w ciemno stwierdzić, że wjeżdżając na samą górę ruchomymi schodami trafimy do części restauracyjnej i kin. Wszędzie też można znaleźć markę H&M. Po zakupach można dopasować rzeczy u krawców. W okolicach bazaru jest duży warsztat krawiecki, w którym przy maszynach siedzia kilkunastu ludzi – mężczyzn i kobiet. Każdy coś szyje. Przeróbki odzieży można dokonać na miejscu. Na przykład podwinąć spodnie za 4 GEL. U nas taka usługa kosztowałaby pewnie ze 20 zł.

Z Kutaisi do Tbilisi

Kutaisi kojarzy się z Polską z lat 90-tych. Trzeba jednak zaznaczyć, że w mieście bardzo dużo się dzieje. Mnóstwo ulic jest rozkopanych. Buduje się kanalizacja i nawierzchnie. Z dworca autobusowego wyruszamy w podróż do Tbilisi. Na dworcu pytamy w kasie o rozkład jazdy. Okazuje się, że już od dawna nie ma rozkładu i regularnych autobusów. Kursują za to co pół godziny marszrutki (czyli minibusy). Jadą, gdy uzbiera się komplet pasażerów. Koszt to 12 GEL od osoby (przypominam, że 1 lari to ok. 1,34 zł). Podróż do Tbilisi trwa ok. 4-5 godzin.

Tbilisi to europejska stolica

Wysiadamy na Ortachala Bus Station. Sprawdzamy trasę i okazuje się, że do centrum jest spory kawałek drogi. W pobliżu jest jednak stacja metra. W kasie sprzedają nam warte 2 lari plastikowe karty, dzięki którym, po doładowaniu można jeździć całą komunikacją miejską, również kolejką na wzgórze, na którym stoi posąg Matki Gruzji.
Byłyśmy trochę zdezorientowane, bo po Kutaisi jeździłyśmy za gotówkę (od 1 do 2,5 GEL) i nikt nawet nie wspominał o wydaniu biletu. Na szczęście uprzejmi podróżni szybko pomogli. Zaopatrzone w karty pewnym krokiem udałyśmy się do metra i po chwili dojechałyśmy w samo centrum miasta, na plac Wolności. Stamtąd do naszego hostelu Pepela było już bardzo blisko. Domy, sklepy i restauracje wyglądają tak, jak w europejskich miastach. Na samym środku placu jest wielki posąg świętego Jerzego. Tutaj nie ma mowy o Polsce z lat 90-tych, jak w Kutaisi. Przechodzimy obok reprezentacyjnej galerii Tbilisi, mijane przez międzynarodowy tłum.
Hostel znajduje się na piętrze starego budynku, tak zwanego galeriowca. Pokoi jest zaledwie kilka. Są malutkie, ale czyste i z klimatyzacją. Czyste są również dwie łazienki dla gości i kuchnia. Do dyspozycji jest pralka, żelazko i suszarka do włosów. Koszt trzech nocy dla dwóch osób to 120 Gel, czyli ok. 165 zł.

Stary parlament z protestami i koncertami
Idąc główną ulicą Tbilisi, al. Rustaweli docieramy do budynku starego Parlamentu. Nie pełni on już swojej funkcji, bo w 2012 roku ówczesny prezydent Micheil Saakaszwilli przeniósł Parlament do Kutaisi, do specjalnie wybudowanego w tym celu budynku. Oficjalna wersja mówi o tym, że były prezydent chciał w ten sposób dać impuls do szybszego rozwoju Kutaisi, drugie pod względem wielkości miasta w Gruzji. Mogło jednak chodzić o wyeliminowanie posłów opozycji. To przypomina nam dzisiejsze pomysły partii rządzącej na deglomerację, czyli przeniesienie do innych miast centralnych urzędów z Warszawy.
Gruzini różnie mówią o Saakaszwillim. Najczęstsze opinie są takie, że jak nikt skłócił i spolaryzował społeczeństwo. Zmarnował potencjał i zaufanie swoich rodaków, przegrał wybory, trafił na Ukrainę, gdzie został gubernatorem obwodu Odessy. Tam też się skłócił z władzami, w końcu został bezpaństwowcem, ponieważ stracił obywatelstwo Gruzji, a także Ukrainy. Nowy prezydent Ukrainy przywrócił mu obywatelstwo, ale nie udało mu się utworzyć nowej partii. W 2018 roku został deportowany do ostatniego kraju, z którego przyjechał, czyli do Polski, od nas pojechał do swojej rodziny w Holandii. Ostatecznie stał się postacią tragiczną i groteskową.
Mimo iż przy al. Rustaveli nie obraduje już Parlament, to budynek jest bardzo ważnym dla mieszkańców stolicy miejscem. Praktycznie przez cały czas przed nim coś się dzieje.

Na prowizorycznych barierkach na schodach honorowe miejsce zajmuje flaga Unii Europejskiej. To symbol gruzińskich nadziei i dążenia do Wspólnoty Europejskiej. Są też kukły rosyjskich okupantów i protest przeciwko zajęciu przez Rosję Osetii Południowej.

O protestach, które odbyły się 22 czerwca 2019 roku, właśnie pod starym Parlamentem w Tbilisi mówiła prasa na całym świecie. Poszło o wystąpienie rosyjskiego deputowanego w gruzińskim Parlamencie.
Pierwszego dnia naszego pobytu w Tbilisi podpisujemy się pod petycją do społeczności międzynarodowej w sprawie konfliktu gruzińsko-rosyjskiego. – Cieszymy się, że chcecie być z nami solidarne – mówi zbierający podpisy. – Polska zawsze była naszym przyjacielem.
Wieczorem pod Parlamentem odbywa się koncert rockowy, a kolejnego dnia przemawiają działacze. Stoimy przez chwilę, ale nie jesteśmy w stanie zrozumieć ani słowa z przemów w języku gruzińskim i w końcu ruszamy dalej. Tuż obok jest piękny, stary ogród botaniczny.

Tragiczna miłość Pirosmaniego

W Tbilisi postanowiłyśmy zwiedzić również muzea. Tuż obok starego Parlamentu, po pokonaniu podziemnego przejścia dla pieszych trafiamy do Gruzińskiego Muzeum Sztuk Pięknych. Ogromny gmach ma na fasadzie orła z rozłożonymi skrzydłami. Gruzini słyną ze wspaniałych malarzy i rzeźbiarzy. Jednym z najbardziej znanych jest Niko Pirosmani, samouk i prymitywista, tworzący w XIX wieku. Jego obraz rybaka na stałe wszedł do popkultury. Można go zobaczyć na torebkach, koszulkach, kartkach, czy zakładkach do książek.
Znana jest też historia tragicznej miłości Pirosmaniego do sławnej aktorki - tancerki Mergerity, która w 1909 roku gościła w Tbilisi. Malarz zobaczył ją na scenie i natychmiast się zakochał. Przesyłał jej ogromne kosze czerwonych róż. Sprzedał wszystko co miał, w tym swój dom, aby kupić wszystkie kwiaty miasta i wysłał je Margericie. Ponoć aktorka doceniła jego poświęcenie i dała mu jeden, jedyny pocałunek. Potem wyjechała z Gruzji z bogatym wielbicielem.
Portret Margerity można oglądać m.in. w malutkim muzeum przy ul. Pirosmaniego, koło dworca kolejowego. Tam w ubogiej izdebce żył w biedzie wielki artysta. Domek trudno znaleźć w nawigacji, ale wskazuje go nam starsza pani spotkana na bazarze. Jak to bywa z artystami sławny stał się dopiero po śmierci.

O milości Pirosmaniego śpiewała Ałła Pugaczowa w pisence "Milion ałych roz"

Bilet wstępu do małego muzeum Pirosmaniego kosztuje 5 GEL, ulgowy 1 GEL.
Więcej jego prac można zobaczyć w Muzeum Sztuk Pięknych. Muzeum znajduje się przy alei Rustaveli i obejmuje trzy budynki, które łączą publiczne wystawy kulturalne. Jest w nim 31 sal wystawowych, a w nich ok. 140 tysięcy przedmiotów – obrazów i rzeźb artystów gruzińskich, azjatyckich i zachodnioeuropejskich. Orzeł widniejący na fasadzie i we wnętrzu muzeum został stworzony na podstawie miniaturowych rzeźb odkrytych podczas wykopalisk archeologicznych w Vani w zachodniej Gruzji, pochodzących z I i II wieku przed naszą erą. Wnętrza są przestronne i nowoczesne. Bilet wstępu kosztuje 15 GEL.

Kaukaz kolebką życia

Aby uciec od letniego upału i dowiedzieć się czegoś o Kaukazie warto wybrać się do Muzeum Narodowego Gruzji, również przy al. Rustaveli. Tu zapłaciłyśmy za bilety 30 GEL.
Gruzińskie Muzeum Narodowe to ogromna przestrzeń wystawiennicza ze wspaniałymi artefaktami i dowodami najstarszej ludzkiej egzystencji w Eurazji. Oprócz tego można zobaczyć wspaniałą średniowieczną sztuką chrześcijańską, oszałamiającą złotą i srebrną biżuterię ze starożytnej ziemi Colchis, a także sztukę nowoczesną. Tu znajdziemy przypomnienie, że to właśnie na górze Ararat w Armenii osiadła arka Noego i rozpoczęło się nowe życie po potopie.

Wielka synagoga w Tbilisi

W dzielnicy żydowskiej, tuż obok restauracji Króla Dawida i sklepów koszernych znajduje się wielka synagoga. To największa świątynia żydowska w mieście, a także w całej Gruzji. Została zbudowana na terenie bazaru ormiańskiego w latach 1904-1913. Nie sposób jej ominąć, bo przed jej frontem znajduje się duża gwiazda Dawida i rzeźba siedmioramiennego świecznika – menory. Trafiłyśmy tam w godzinach, gdy nie było nabożeństwa, ale w ławkach zastałyśmy dwóch dyskutujących na tematy duchowe mężczyzn. Przed wejściem do sali modlitewnej były chusty. Od razu je wzięłyśmy, żeby przykryć głowy. Jednak rabin, który wyszedł do przedsionka zaznaczył, że powinny to robić tylko mężatki. Zapytał, czy jestem mężatką. – Już nie - odpowiedziałam. - To niedobrze – zatroskał się, ale tematu nie ciągnął.
W wielkiej synagodze jest specjalna galeria dla kobiet, a ściany pokryte są inskrypcjami. Na ogromnym regale ustawiono księgi. Zachwycił mnie jej wystrój i architektura budynku z czerwonej cegły, chociaż nie mam specjalnie porównania do innych takich miejsc, a czynną synagogę widziałam po raz pierwszy w życiu.

Wypoczynek w Batumi nad morzem Czarnym

Z Tbilisi do battumi można dotrzeć marszrutką. Na ulicy zaczepia nas taksówkarz, który oferuje podwózkę i mieszkanie na 3 dni. Zgadzam się, bo oferuje cenę jak za hostel. Jedziemy zobaczyć lokum.
Rzeczywiście, to osobne, dwupokojowe mieszkanie na 9 piętrze w bloku. Gospodyni, pani Lija mieszka piętro wyżej. Płacimy jej 210 GEL i zostajemy.
Plaża w Batumi jest kamienista. Trzeba pamiętać o specjalnych butach do wody, bo klapki nie wystarczają. Trudno też leżeć na kamieniach, warto więc wypożyczyć leżak z parasolem, żeby się nie spiec na słońcu. Jednak plażowanie na dłuższą metę jest nudne, dlatego wyruszamy na miasto.
W centrum bardzo dużo się dzieje, my trafiłyśmy akurat na festiwal piwa. Warto przespacerować się bardzo długim bulwarem. Pięknym za dnia, a kolorowym i pełnym wrzawy wieczorem.
Koniecznie trzeba zobaczyć ogród botaniczny, który położony jest ok. 10 km od centrum miasta. Żeby go zwiedzić, trzeba przeznaczyć kilka godzin.
Na bulwarze jest najsłynniejszy pomnik symbolizujący Batumi, czyli Ali i Nino. Postacie mężczyzny i kobiety, które zmieniają położenie wobec siebie.
W dzielnicy muzułmańskiej, wokół wielkiego meczetu rozlokowane są knajpki z tureckimi potrawami i pamiątkami.
Najpopularniejszymi budynkami są hotele, położone przy bulwarze, a także kasyna gier. Jedną z większych atrakcji jest delfinarium i duże akwarium.
Wieczorem, po zmroku warto się wybrać na pokaz tańczących fontann na jeziorze przy bulwarze. To widowisko światła i dźwięku.
Trzy dni w Batumi minęły bardzo szybko. Na lotnisko do Kutaisi odwiózł nas znajomy taksówkarz za 80 GEL. Kontrola idzie sprawnie, bo mamy ze sobą wydrukowane w Centrum Informacji Turystycznej w Batumi karty pokładowe. Część Polaków ma je tylko w formie elektronicznej i są odsyłani z kolejki.

Bezdomne psy w Gruzji

Widać je wszędzie, również na lotnisku. Najczęściej to zabiedzone i chore zwierzęta, żebrzące o kawałek pokarmu. Zwróciłam na nie uwagę już na lotnisku w Kutaisi. W uszach miały czipy. To oznaczenia nadane przez lokalne władze. Czipowanie ma stworzyć pozory panowania nad problemem. Wystarczy popatrzyć na takiego biedaka i odezwać się do niego, a będzie nam wiernie towarzyszył licząc, że zabierzemy go ze sobą. Do naszego hostelu odprowadza nas jasny piesek tak chudy, że można bez problemu policzyć mu żebra. Nie mam niczego innego, więc dzielę się z nim chlebem. Nie mogę zabrać go do pokoju i po chwili słyszę jego pisk. Ktoś go kopnął, żeby sobie poszedł. Jest mi bardzo przykro i obiecuję sobie, że nie będę się do nich odzywać, żeby nie stwarzać takich sytuacji.
Psy są dosłownie wszędzie. Widać, że mają ustaloną hierarchię i swoich przewodników. Młode i stare. Często prawie łyse, z czerwonymi plamami na skórze. Można też zobaczyć poruszające się z trudem, z połamanymi nogami lub nawet kuśtykające na trzech łapach, z krótkim kikutem zamiast czwartej łapy. – Czy ludzie w Gruzji nie lubią i nie kochają psów – pytam Gruzina, pana Witalija podczas zwiedzania miasta. – Ludzie są nieodpowiedzialni, często idą do pracy i zostawiają psy na ulicy – odpowiada.
Bezpańskie psy towarzyszą nam również w Tbilisi. Najbardziej rozdzierające wrażenie zrobił na mnie słaniający się na nogach, przeraźliwie chudy szczeniak na bazarze w Tskaltubo. W pobliżu biegała jego chuda matka z powyciąganymi sutkami.
Bezpańskie psy były również w Tbilisi, chociaż nie wyglądały aż tak źle. Było też widać na ulicach ludzi ze swoimi pupilami na smyczach. Kochanymi i zadbanymi.

Zobacz film "Gruziński po polsku" - Gruzinki mówią o stereotypowym postrzeganiu Gruzji przez Polaków

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie